TRANSMISJA

Transmission 54 – Jacques Brel

Wy, tam na zewnątrz, już pewno nie pamiętacie radia, które było teatrem wyobraźni. A może nigdy takiego radia nie poznaliście.

Czasami, gnany jakąś masochistyczną potrzebą życiową wysuwam czułki poza mury Maison de Sante. Przeraźliwy bełkot przelewający się na falach tamtejszego eteru, wprawia mnie w stan permanentnego napięcia. Sprzedawcy chińskich kondomów przekrzykują się z pulsującymi liczbami zarażonych i martwych. Wszystko jest liczbą i wszystko jest piętnastosekundowym przerywnikiem. Jinglem – jak to po zamorsku mówią.

Oj Andy, nie kręć głową, twoje pięć minut sławy dla każdego, to zbędna efemeryda, luksus, na którego nie stać już poza murami kogokolwiek. Lepiej namaluj na jutrzejszy festiwal kulinarny w naszej świetlicy kolejne puszki Cambella . Podobno Marco Ferreri kręci “La Grande bouffe” a Profesor Fether zlecił szycie olbrzymich śliniaków dla każdego pensjonariusza.

A, przepraszam, mówiłem o radio.

My tutaj w Maison de Sante na szczęście wręcz chorobliwie kultywujemy radio, jako teatr wyobraźni. Zresztą zgodnie z receptą przepisaną przez wspomnianego wcześniej Profesora.

Zwykle moi goście, nawiedzali skromne progi studia radiowego, po swojej śmierci, czy też gdzieś koło niej. Natomiast, ponieważ , Jacquesa bardzo lubię, a zupełnie przypadkowo, napatoczyliśmy się na siebie w jednym z niekończących się korytarzy naszego szaleństwa, postanowiłem go zaprosić przed datą jego urodzenia to jest 08 kwietnia.

– Dlaczego?- zapytał.

-Co dlaczego? Bo spocząłeś na swych ukochanych Markizach, o których mieszkańcy mówią: “Brel śpi tam gdzie rosną hibiskusy” Na Markizach śmierci nie bierze się na poważnie, bo i po co, skoro jest zjawiskiem przejściowym. Natura zostawiła wszak śpiącym wspaniały widok z lazurową wodą w zatoce. To na wypadek, gdyby otworzyli oczy.

– Tak, miejsce jest szczególnie piękne. Ale co z tą datą urodzin? – zapytał niecierpliwy jak zwykle,

strzepując żar z kolejnego papierosa.

– Nic szczególnego Grand Jacques, może chciałem złożyć ci życzenia z okazji urodzin,

– To miło, choć …

– Cóż. – miałem coś jeszcze dodać, ale odpuściłem – Wiesz, że od kiedy, parę tygodni temu, a był wtedy rok 1958, byłem na twoim koncercie w paryskiej Olympii i zobaczyłem jak wykonujesz “Quand on a que l’amour”“Ne me guitte pa”, jak śpiewasz „Ces gens-la”, jak kończysz występ „La ville s’endormait”. Schodzisz ze sceny, bez żadnych bisów, choć publiczność przyjmuje twój występ owacjami na stojąco, plączesz się w moim umyśle ekspresją wyrazu, przeżywaniem każdej śpiewanej piosenki. Może też to, że mam jakiegoś podświadomego bzika na punkcie brzmienia języka francuskiego. Bardzo emocjonalne. Takie rozrywające od środka. Rozumiesz? I wiesz co, coś jeszcze, twoje życie, upór, że wbrew wszystkiemu postanowiłeś tworzyć, pisać, śpiewać. Życie oddane pasji. Robić to co się kocha. Dzięki Jacques. Może moje siedzenie tu, na prawie szczycie spalonej wieży Notre Dame, tworzenie i wysyłanie nikomu nie potrzebnych transmisji, ma jakiś ukryty, niezbadany jeszcze przez Profesora Fether i Doktora Tarr, sens?

 

Więcej o Jacques Brel w radio, które już nie istnieje: Audycja Agnieszki Kumor PR III: “Jacques Brel – życie artysty, piosenki”.  ( wystarczy  po otwarciu w wyszukiwarkę wpisać Brel)

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.