TRANSMISSION- BLOG

Transmission 52

Witajcie Pensjonariuszki i Pensjonariusze Maison de Sante. Witajcie również Niezdiagnozowani.

– De Cades  zawahał się przez chwilę nad tym konceptem, gdyż niby miał to być żart, ale jak większość jego żartów wydał mu się dość niezrozumiały. W sumie kiepski. W takich chwilach chciałby móc powiedzieć “zapraszamy do reklamy”,  jak to kiedyś słyszał w jakimś zamorskim radio ale jedyne co mógł zrobić to walnąć dzwonkiem pożyczonym od Quasimodo. Gdy wibracje ustały zaczął mówić dalej:

Po kilku miesięcznej przerwie spowodowanej rozpierzchnięciem się myśli, chciałbym Wam zaprezentować kolejny fragment z “Dziennika obserwacji”. Wszystkie pozostałe wcześniejsze strony znajdziecie za tymi drzwiami DRZWI do “DZIENNIKA OBSERWACJI”

Puknął nerwowo dwa razy w mikrofon i zaczął czytać:

“DZIENNIK OBSERWACJI”, ROZDZIAŁ IV

“Stanąłem przedmiotem swoim vis a vie gmachu pocztowego. Tu z dołu patrząc wydał mi się niebotyczny. Ja popychany, przesuwany, zapadnięty w gwiazd puste przestrzenie. Patrząc na budynku mury widziałem siebie niczym w jakimś lustrze odbitego. Zdarzenia minionych dni, miesięcy, lat co chwila wypływały z postrzępionej elewacji jakimiś migającymi powidokami czy rozciągniętymi, zdawało  się, na wieki wizjami . Wyskakiwały znikąd okna. Nagle otwarte krzyczały nagromadzonym bólem istnienia bytów zamieszkujących gdzieś w przepastnych czeluściach gmachu. Umetafizycznieni masochiści, więźniowie chodzący po obwodzie nieba. Inne okna nieśmiało uchylone zdawały się zapraszać do siebie kusząc łagodną barwą akwamaryny i jej pochodnych, rozbrzmiewającą cicho w słowach jasnowidzów, uzdrowicieli oraz mistyków. Jeszcze inne pełne  palt, jesionek, prochowców gromadzących się tłumnie w tej ludzkiej brei duszącej, rozlewającej się po polach, łąkach i rozłogach, po  błoniach i wygonach, bez szacunku do życia innego niż własne. Okna, okna i znowu okna. Obrazy lustrzane. Słońce odbijało się od brudnych szyb, ale i od szyb wypolerowanych zachłannością fałszywych uśmiechów. Postrzępione zasłonki skrywały powyginane ciała w bezładzie skrępowane łańcuchami migoczących zeszytów. Ludzie błądzący w ciemnościach. Ludzie obnażający swoje wyimaginowane wyobrażenia i przerażone myśli.  Drzwi w rozchwianych framugach otwarte na wietrze zapraszały, by zatrzasnąć się prosto w twarz. Migały powidoki tuż  przed oczyma by szybko zniknąć, niepewne czegokolwiek. Bez ładu, bez składu. Skutek nie wynikał z przyczyny, a przyczyna nie tworzyła odpowiedzi na pytania. Ja, jedyny przedmiot zdarzeń. Przedmiot. PRZEDMIOT. Kotłowało się w głowie głucho. Odbijany  od twarzy, jestem tylko odbiciem. Wciąż, wciąż obserwowany, pod pręgierzem istnienia, napędzany wskaźnikiem serotoniny , wyliczonym z całą odpowiedzialnością dopiero co w podziemiach Maison de Sante przez Madame Curie z brzęczących pierwiastków promieniotwórczych poniewierających się w jej szufladzie. Ja, ja PRZEDMIOT, muszę dopisywać  słowa w zeszycie. Tworzyć obrazy, by choć w snach zaistnieć. Tylko dlaczego?!  Tylko po co to wszystko?! Migające zeszyty w dłoniach każdego kto na mnie spojrzy, na kogo spojrzę. Niczym własne odbicia, lustra własnej bezsilności, miny strojone w krwawych okopach zaistnienia.

 

Idąc w milczeniu

wokół kroków

pole minami powiewa

trójkątne chorągiewki zaciśniętych twarzy  

wyznaczają promień rażenia

 

niosę swój wybuch

zegar odmierza się

obojętnie

od teraz do pięć po

 

eksplozja

mój krzyk

 

nie, to tylko implozja

skowyt żałosny

 

stojąc w milczeniu

kroki przeze mnie

po mnie

szurają sobą

 

zapadnięty

rumowiskiem

twarzy

rumowiskiem

min

Doktorze Tarr, Profesorze Fether. O przeklęci demiurgowie!!! – przecież ja tylko chciałem być…”

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.