TRANSMISSION- BLOG

Transmission 42

Cembrowinami
studni bezdennej

zapadam

– zapadasz

kręgi oraz dotykiem chłodniejsze
szorują milczeniem

– mów do mnie, mów

dłonie
plecy
język
starte o kamień

– chwyć moją dłoń.

łańcuch z kołowrotka złudzeń
ciąży bezdennie
bezdennie

a woda miękka
taka zimna …

– Nie! It’s so cold in Alaska! – wdarły się we mnie usta z rzeki rwącej gdzieś przede mną przepływającej. Nade mną, nad topielcem sinym, usta rozchylone. A może usłyszałem … a może akt życia mi darowanego w jakimś oknie, drzwiach uchylnie czekających na powrót tego co wyszedł, co zgubił się w mieście malowanym iluzjami przez pragnienia tych co ukryci pod maskami w tańcu chocholim snują spękanych luster opowieści. Usłyszałem tam, tlący się przecież nie od wczoraj płomieniem błękitnym głos, jak błękitu jeziora oczy we mnie uważnie wpatrzone. A teraz, przez chwilę, mgnienie dosłowne, coraz wyraźniejszy, coraz głośniejszy. Przywarty to ściany, wzrokiem omiotłem płaszczyzny okien, ślepe, obojętne. Tynk łuszczący i cegła sczerniała. Cembrowiny wokół się wspinające. Na sznurach bieliźnianych, łańcuchach z kołowrotka złudzeń, od muru do muru, nad ulicy cieniem wiersze rozwieszone, wypatroszone wnętrzności martwych poetów. A ja wśród nich dziennikiem obnażony, tym zeszytem szarym, zbiorem wpisów, co istnieją przez chwilę w oczekiwaniu reakcji kogokolwiek. Kogokolwiek akceptacji w księdze twarzy unoszącej się wokoło.
– Jakże to, jakże? Co mówisz do mnie? Jakże zrozumieć? Jak pojąć te słowa? – próbowałem uchwycić dłoń nad taflą wody wyciągniętą.
Desperacji słowa – usłyszałem ciche westchnienie, wciąż nie widząc przez opar mnie duszący.
– Gdzie jesteś? Gdzie?
Stanęła wtedy przede mną, jakby stała tam od zawsze, gdyż stała tam od zawsze. W tramwaju powrotnym z pustych alei cmentarnych, gdzie trumiennego portretu ojca szukałem.
W knajpie duszącej, pełnej palt, w której z nieznajomym, znajomym, w lustrze odbitym pijąc, w lecącym kluczu żurawi ją dostrzegłem jak przyszłość co martwą stać się mogła.
Przed gabinetem dyrektorskim na audiencję czekając, drżącymi dłońmi zeszyt przeglądając przepełniony nagle nieznanymi mi obrazami, co nawoływały do mnie chóralnie z ciemności swojej, a ja wtedy może po raz pierwszy ten pojedynczy głos w języku zamorskim usłyszałem – “ It’s so cold in Alaska”. “It’s so cold in Alaska”.

I była tam , gdy ja leżąc ścierwem przed monumentalnym portalem banku mego wyrzucony jak zbędny trybik machiny. Machiny? Gdzież tam, maszynki parszywej do mięsa!
Pamiętałem, wszystko pamiętałem, ale jakimś zabiegiem, ingerencją, zaćmieniem moim pojąć nie mogłem. Ogarnąć. Niby słyszałem, niby widziałem, ale jakbym przez szybę, witraż ze szkiełek, co jak w kalejdoskopie się ciągle ruszają, zmieniając umiejscowienie i sens.
I jeszcze w Maison de Sante ten głos słysząc. Pamiętałem.
– Tylko kim? Tylko dlaczego? Tak blisko, tak do mnie. Te słowa. Wciąż te same.
Dostrzegłem długie włosy falami spod toczka zielonego, dojrzałem błękit jezior pod czarną woalką, dojrzałem gorset zielony, suknię długą i bukiet oszronionych czerwonych róż w jednej dłoni trzymany.
– Cały czas tu, cały czas obok. Widzę speed w każdej wyciągniętej dłoni, widzę w każdym otwartym zeszycie. Czyż to nie jest burn trip? It’s so cold in Alaska.- mówiły teraz usta tuż przede mną wyraźnie, tak abym wreszcie pojął, realność ogarnął.
– Ale … Profesor Fether, Doktor Tarr mówili … Księga twarzy …. Obrazy, wiersze, wołanie … Ale ten krzyk serce rozdzierający …
– Nie ma tam żadnego ale, nie ma tam nic … – powiedziała łagodnie rękę moją próbując uchwycić, lecz ona, dłoń moja, widziałem to dokładnie, powietrzem zimnym się rozwiała. Falą lodu co napłynęła jakąś chłodną determinacją zaryglowania wszelkich zamków mnie otaczających.
Zaplotłem ramiona wokół, rękawy kaftanu mego. Kolana pod brodę. Embrionalnie w pozie milczącej schowałem siebie.
W trwaniu zastygłym zimnem, wciąż nie rozumiejąc sensu słów, zamiaru czynów, wciąż widząc czy też wmawiając w siebie garściami tabletek realność nowych światów, tej terra incognita tak kuszących, ruchem głowy na prawo i lewo zaprzeczyłem. A zaprzeczeniem, co tylko bezsilności znakiem, symbolem zagubienia było, a nie odtrąceniem dłoni ku mnie wyciągniętej, zranieniem się stało, co dostrzegłem po reakcji w tej minucie zbyt późnej. Może mylnie odczytany mój gest, milczenie mylnie odczytane, we mgle mojej lodowatej spotęgowane. Moja wina. Moja wina. Moja wina

cień
świetli się
zachłannie
kamieniem ciężarnym
oknu
spojrzenie zaczernia
drzwiom
bezwyjściowość wmawia
siedzę cicho
czekając aż przejdzie

Czy to ja, czy ona? Krok chciałem zrobić, rękę wyciągnąć by zatrzymać. Lecz … ktoś inny pochwycił już mą dłoń ciągnąc w tłum tańcem obłędnym ogarnięty.”

***

Niewidoczny hamulec zatrzymał szpule magnetofonu. Zielona lampka nadawania zgasła. Fale eteru spokojnie wyciszyły amplitudy wahań i wątpliwości. Srebrny mikrofon zawieszony nad stołem spierzchniętymi wargami odczytał z metalowego pudełka ” Dziennik obserwacji”, rozdział IV, str 142 –  143.  Okiennica na wieży Notre Dame trzasnęła chłodem, wiatr omiótł spojrzeniem pusty pokój.

– Panie de Cades, gdzie Pan jest? – zapytał wypalony skręt pływając stylem grzbietowym w słoiku po musztardzie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.