TRANSMISSION- BLOG

Transmission 35

Witajcie w godzinie niejasnej.

Przed sobą trzymam kolejny fragment “Dziennika obserwacji”. Charakter pisma wątpliwy, chylący się w każdą stronę. Papier szary. Czym jest dziennik? Nie wiem. Pisany od dnia w którym przekroczyłem próg Maison de Sante. Pisany wciąż. Nawet teraz, gdy mówię do Was poprzez aparaturę Marconiego, wydaje mi się, że ktoś go pisze. Pisze mną. Widzi okno zżółkłe starością na dzwonnicy Notre Dame, które ja widzę, wchodzi schodami krętymi, którymi ja idę. Czy dzisiaj zejdzie ze mną w duszną ulicę, gdzie rzeka palt, surdutów, wyblakłych garniturów urzędniczych, strojów powabnych? Czy może napisze jakiś grafomański wiersz patrząc od trzech godzin w jakąś wyblakłą fotografie, a ja pomyślę, że to moje myśli w nim zawarte? A może ustawi nieostrość obiektywu na scence rodzajowej z wyjazdu urlopowego Profesora Fether i Doktora Tarr wraz z grupą podopiecznych, myśląc że to takie zabawne. A potem będzie twierdził , z całą nie powagą siebie, że to też “Dziennik obserwacji” tylko jakaś wersja alternatywna , bocznica kolejowa dla nurtu rzeczywistego. Nie wiem. Nic nie wiem.

Ponieważ nic nie wiem, przeczytam Wam ten fragment. Wcześniejsze wszystkie dotychczasowe strony powinny gdzieś tu być przybite do murów pokrętnych, przynajmniej tak on twierdzi.

https://darkodecades.pl/dziennik-obserwacji-autor-darko-de-cades-zapiski-ze-swiata-maison-de-sante/

************************************************************************************************************

“Dziennik obserwacji”

 

Zakryła oczy moje, stając za mną, dłońmi jak dwie monety greckie albo kamienie ciężkie, choć ulotne na wietrze. Usta spierzchnięte do ucha zbliżyła krzycząc siebie po tylu latach milczenia, winę i nie winę swoją :

Zamknięcia
zatrzaśnięcia
drzwiami
przed twarzą w twarz
bezsłowne
milcząco
krzyczące
wyciągnęłam jeszcze ręce
przetrącone gołębie

kroki twoje
wściekle depczące skrzydła moje
za zamkniętymi
zatrzaśniętymi
drzwiami

Szloch matki szeptem bezsilnym w duszności skrępowanej pod szklanym kloszem przez ojca nałożonym się rozdarł.
Krzycz mnie, krzycz mną – wciskała płaczące dłonie w moje oczy, gdyż jej ból był moim udziałem. Jej Ariel, ona Arielem w samobójczym pędzie, gnał we mnie gubiąc podkowy szczęścia w niekończącej się wielkiej gonitwie. Bo czyż nie dobija się koni w maratonie tanecznym? Pod szklanym kloszem próby, próby bezskuteczne, próby rozpisane kapiącą krwią z naciętych żył, w moją głowę, serce ze szkła pękające, aż wreszcie odejście ciche, jak zwykle nie w czas, mój czas. Jej wiersze jak łzy olbrzymie albo ostre narzędzie zbrodni na sobie, w którym tonąłem od zawsze krzycząc winę swoją i nie winę, oskarżając ojca o pustkę nieba i chłód ścian. Na jakiś moment wyrwany ze wspomnień , stanąłem bokiem do siebie, spojrzałem na tę postać skrępowaną samą sobą, przeszłością tak jakoś ożywioną w murach Maison de Sante i dzwonnicą Notre Dame. Czułem to wszystko w tej chwili doskonale, choć przecież tylko obrazem, powidokiem ona być musiała, we mnie światu udostępnioną, tłumaczyłem sobie siebie. A jeżeli nie? A jeżeli nie … ? Chwyciłem jej ręce, oderwałem od oczu, jakbym sznur, kabel jaki przerywał nas łączący, choć czy mogłem, choć czy prawo miałem? Moja wina, moja znowu wina. Odwróciłem się próbując coś słowem jeszcze uchwycić, powstrzymać, ciepłem śnionym, w dzieciństwie wymarzonym lecz ona zwiotczała w tej chwili, zapadła się w sobie, mnie w zimno ciągnąc.
Spróbowałem rozgarnąć powietrze, opar nagle wilgotno duszny wokół, bagnisty, zamachnąłem nadaremnie gdyż fala ciał, palt bezimiennych, surdutów wyżynnie spoglądających, wyblakłych wymaganiami garniturów urzędniczych, sukien powabnych igrających losem nie swoim, łachmanów pijanych lęgnących się się w otworach ściennych kamienic czynszowych, porwała, porwała po ścianie ceglanej przeturlała, przeturlała, przycisnęła do cegły chropowatej, gdzie człowiek na wprost mnie stanął.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.