TRANSMISSION- BLOG

Transmission 34

Otwieram zżółkłe od czasu okno, zawiasy skrzypią rdzawo. Jedyne okno na wieży Notre Dame. Choć może jeszcze gdzieś powyżej, tam gdzie wśród chmur podobno jest zwieszony legendarny dzwon. Lecz schody spłonęły a ich osmolone kikuty są tylko wspomnieniem Quasimodo.

Patrzę na linie horyzontu. Wychylam się by dostrzec najbliższą ulice. Wszędzie kamienice czynszowe i czerwone fabryki. Tam ludzkość się kłębiąca. Maison de Sante – Ziemia obiecana, ziemia przeklęta

Wypełzło ze mnie wspomnienie już przecież w „Dzienniku obserwacji” wyskrobane:

„Zmrok naszedł pełen odgłosów i zapachów zaściennych. Robotnicy wyszli z fabryk i wódkę pić zaczęli, jeść kapustę gotowaną z kartoflami na wodzie gotowanymi. Poczułem nozdrzami duszny i wilgotny ten świat. Poczułem lepkość na koszuli parną, choć chłód szparami okna wiewał się wieczorny.

 A ja … wciąż obracałem kartonik w palcach.

 Nastała noc, cisza pozorna, bo fabryka po drugiej stronie ulicy nigdy nie śpi, wciąż mieli mięso ludzkie w maszynerii swej włókienniczej z bawełną ze stepów akermeńskich po torach kolei żelaznej przybyłą. Robotnicy uśpili wiecznie brudne dzieci, wychędożyli  żony i kochanki swe, zasnęli twardym snem.

 A ja … siedziałem przy stole i wciąż obracałem kartonik w palcach.”

 Ta cała masa, zwarta i przerażająca, tłum czekający na sygnał. Od kapłanów w purpurze, od generałów w błyszczących orderach, małych cwaniaczków, którzy onanizują się nienawiścią. Nienawiścią do każdego kto nie jest z nimi, , kto z boku stoi, kto nie maszeruje równo. Te flagi, te pola bitewne,  naród, naród, naród. Słyszę skandowanie.

„… Kto sam, ten nasz największy wróg – a śpiewak także był sam…                                                                                                                                                              Patrzył na równy tłumów marsz, milczał wsłuchany w kroków huk”*

Boję się                                                                                                                                                                                                                                                                        Boję się

Gdyż w tym narodzie tam w dole się kłębiącym, huczącym coraz bardziej, inny będzie zawsze wróg, inny będzie martwy

 

Moja tragikomiczna izolacja
zawsze w niej będę
pod twarzą schowany
krawatem jedynie słusznym ściśnięty
na sznurkach tłumu drgający

Gepetto , ojcze ! – krzyczę błagalnie

nie kłam! – słyszę oskarżenie

nie będzie inaczej! – krzyczę rezygnacją

jutro
będą się śmiać
przeklinać
palcem wytykać

pojutrze spalą
w nowym Birkenau 

i nie będzie inaczej

Darko de Cades ( Dziennik obserwacji)

 

W transmisji wykorzystano fragment tekstu Jacka Kaczmarskiego”Mury”

Zdjęcie: Darko de Cades

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.