TRANSMISSION- BLOG

Transmission 32

Dobry wieczór , “where all that we see or seem is but a dream within a dream” – powędrowałem  głosem zdartym w ciemniejszą stronę nocy zawieszony niczym kruk nad mikrofonem

 https://www.youtube.com/watch?v=ny7BM7wjYIc

– Jakże odmienny czas, jakże senne  kroki doprowadziły mnie w to miejsce. Miejsce zawieszone  w połowie drogi do legendarnego dzwonu spalonej Notre Dame. Schody tu prowadzące nigdy się nie skończą, a mijane drzwi otwarte i zatrzaśnięte prosto w twarz wyginają się w czasie, a drogi , jeżeli są, prowadzą w nieznane.  Zakurzone biurko i puste drewniane krzesło. Edgar siada na nim podciągając poły czarnego surduta, choć krzesło nadal pozostaje puste. Kręcę pokrętła aparatury Marconiego , wskazówki zegarów drżą, lampy blado migają, elektromagnetycznie próbuję sklecić słowa by dopasować ich częstotliwość do myśli mojego gościa, mojego serdecznego przyjaciela jeszcze z czasów zamkniętych murem Maison de Sante.

Widzę tylko pod przymkniętymi powiekami, jak … fale rozchodzą się po okręgach, jak  są przepełnione interferencją marzeń, dzięki czemu powstaje zjawisko powstania nowego, przestrzennego rozkładu amplitudy snów co jest wynikiem nakładania się fal. Warunkiem trwałej interferencji fal jest ich spójność, czyli korelacja faz i równości częstotliwości bijących serc.

– Darko, znów mówisz tak, że nikt nie zrozumie.

– Masz racje Edgarze. Nie dość, że nie wiemy czy nas ktoś słyszy, to jeszcze nie wiemy czy rozumie.

– A nawet jak usłyszy, to zobaczy dwóch ponurych facetów rozpruwających sobie żyły nożem  obłędu, nożem jakiegoś mitycznego cierpienia. A przecież my tacy nie jesteśmy. My tylko opisujemy rzeczywistość. Jak Alan, Ian, nasi towarzysze z Maison de Sante

– No właśnie Edgarze pamiętam, zresztą zapisałem to w “Dzienniku obserwacji”, jak opowiadałeś o swoim pierwszym odczycie “Kruka” w salonie literackim Anne Lynch Botta. Czy mogę przytoczyć komuś , kto  może nas jednak słucha?

– Proszę. To twój sen

– Dziękuję – zacząłem czytać fragment z Dziennika z wypowiedzią Edgara –  “Czytałem „Kruka”. Publiczność dopisała licznie, choć zdawałem sobie sprawę, ze to dla powabów, wielkiej kultury właścicielki salonu i walorów towarzyskich, niż dla mojej poezji. Ale, tak jak gdzieś głęboko czułem, że muszę ten poemat napisać, tak wtedy tam w salonie mimo strachu i niezdarności swojej, czułem ze muszę go przeczytać. Czytałem powoli, a obraz nabierał kształtu. Wraz z kolejnym „never more”  poczułem ją, poczułem tuż obok i nie wiedziałem, co jest bardziej realne ten salon i ja czytający, czy też ta noc i „ogień, co dogasał w mękach, słał na ziemie legion zmor.”

Spojrzałem na Edgara, dostrzegając jak jego wąskie usta znów tak jak wiele lat temu cytują w milczeniu fragmenty poematu. Wyczuwając jego pragnienie, przekartkowałem kilka stron dziennika, nabrałem powietrza i  odwagi,  zacząłem czytać:

Jeszcze nie przebrzmiały słowa moje, jeszcze cisza dźwięczała
przygnębiona, gdy Edgar, ten Edgar co tak bardzo historii mojej dzieje
rozświetlić chciał, powstał powoli z krzesła, poprawił surduta klapy. Spojrzał
w moją stronę, spojrzał w siebie.

Noc już była, północ zgoła; rozmyślałem w pocie czoła
Nad trwożliwą tajemnicą z dawna zapomnianych ksiąg,
Przysypiając niespodzianie, gdy rozległo się pukanie,
Jakby ciche chrobotanie w mój samotny, senny dom.
“Jakiś gość”, powiadam sobie, “w mój samotny stuka dom,
Nocny gość – i tylko on”.
Ach, dokładnie to pamiętam: zima, grudzień, noc posępna,                                                                                                                                                                  Ogień, co dogasał w mękach, słał na ziemie legion zmor.
Nagle zapragnąłem świtu, wiedząc, że już nie wyczytam
Z ksiąg pociechy i dosytu po najmilszej mej Lenore!
Tej, o której aniołowie jedni mówią dziś – Lenore –
Ja już nigdy! Nevermore!

Zaczerpnął powietrza, ja otarłem językiem spierzchnięte wargi, przeczuwając
ciąg dalszy, jakby gdzieś już ulotnie widziany, zapamiętany, zapomniany.

Martwą ciszę wiercąc wzrokiem, nie ruszyłem się ni krokiem,
Tylko drżałem, śniąc na jawie sny o jakich nie śnił nikt.
Ciemność była niewzruszona Cisza była niezgłębiona.
Tylko ciszy szept – “Lenora!” – zjawił się i zaraz znikł.
To mój własny szept – “Lenora!” – echo oddawało mi.
Echo. Ciemno. Nocne mgły.

Padłem na kolana przed Małgorzatą Nikołajewną, dłoń wyciągniętą
uchwyciłem, ściskałem jej dłoń usilnie, palce gotyckich wież, krużganki
kamieniem milczącym usłane.

Wtem w powietrzu gęstym, parnym – woń kadzideł niewidzialnych;
Puch kobierca stopą smukłą musnął Seraf, co je niósł.
“Przez anioły, znaki święte, Pan Bóg zsyła ci nepenthes!”
– zawołałem w głos – “Nepenthes, byś zapomniał o Lenore!
Pij, nieszczęsny, pij nepenthes, i zapomnij o Lenore!”
Kruk mi na to: “Nevermore!”
“Mów, Proroku z piekła rodem! Czyś jest bies, czy bestia z dziobem,
Czy Kusiciel, czy kurzawa śle cię tutaj na mój próg
– O! Sterany, lecz nietknięty! – na bezludny ląd zaklęty,
Na ten dom mój grozą zdjęty – mów mi prawdę, błagam, mów:
Czy jest balsam w Gileadzie, abym ją zapomnieć mógł?”
“Nevermore!”, zakracze Kruk.
“Mów, Proroku z piekła rodem! Czyś jest bies, czy bestia z dziobem,
Na to niebo wysklepione, gdzie nasz wspólny mieszka Bóg –
Czy w Edenie Żyje ona? I czy wezmę ją w ramiona,
Tę, o której tylko anioł po imieniu mówić mógł?
Moją świętą, jasną, czysta, gdy w Edenu wejdę próg?”
“Nevermore!”, zakracze Kruk.                                                                                         

„Nevermore” Edgar wykrzyczał moimi sinymi ustami. Twarz w grymasie,
blada, bólem zdjęta, twarz niczym obraz z galerii Edwarda Muncha na
pierwszym piętrze z takim pietyzmem odkurzanej co blady świt przez siostry
pod bacznym okiem Doktora Tarra.

Zamilkł po tej odpowiedzi i wciąż siedzi, i wciąż siedzi,
Na Pallady biuście bladym; nad nim lampy złota kruż
Szklanym wzrokiem w dal wpatrzony, niczym demon rozmarzony;
Na podłogę cień dziobaty rzuca lampy złota kruż,
Cień, co duszę mą nieszczęsną, jak posępny srogi stróż,
Więzić będzie – zawsze już.

Cisza zapadła wypełniona głuchym terkotaniem mechanizmu kamery. Tyrk-Tyrk-Tyrk. Tyrk-tyrk-tyrk. Andy z kamerą przy oku, milcząc wyraźnie
zafascynowany otaczał nas okręgiem niczym planeta wokół gwiazdy, jedynie
mechanizmem kamery przybliżając i oddalając obraz, nasze twarze, postacie
zamarłe, cienie umykające w spojrzeniach, jakby bojąc się wpaść w grawitacje
tego zjawiska objawionego na nieboskłonie obłędu.”

– I nawet Andy z kamerą się tam znalazł i siostra Małgorzata Nikołajewna – Edgar uśmiechnął się do tamtych chwil.

– Wszyscy tam byliśmy przyjacielu.

– Wszyscy jesteśmy.

 

 

 

W transmisji wykorzystano:

  • fragmenty poematu Edgar Allan Poe -” Kruk” w przekładzie Jolanty Kozak. ( cały poemat za drzwiami pokoju “Przyjaciele z Maison de Sante”)
  • utwór Alan Parsons Project – “Dreams without the Dreams”
  • fragmenty “Dziennika obserwacji” autorstwa Darko de Cades

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.