TRANSMISSION- BLOG

Transmission 29

Wracam jeszcze i jeszcze raz do podróży na południe, gdyż to droga jest celem, a każde miejsce tylko przystankiem. Kurierka w cztery konie, po nowoczesnemu resorowana, zgodnie z rozkładem tygodniowym podjechała pod bramę Maison de Sante. Woźnica na koźle. Konduktor zszedł z wysokości stanowiska swego, na biletach  cel sprawdził dokładnie. “Mezalians” odczytując z wysiłkiem sylabami. Pokiwał ze zrozumieniem głową i wytknął język. Widząc to na wszelki wypadek wręczyłem mu wizytówkę do doktora Tarr. Pomocnik, młode chłopie a już z wąsikiem po zamorsku, umiejscowił nasz kufer na tyle pojazdu. Na pomachanie chusteczką w bramie stanął osobiście Profesor Fether lekko spocony swoją wagą i  zapiętym pod szyję surdutem, Jerzy adorujący znów cień jakiejś powabnej damy widoczny tylko dla niego, Edgar z dwudziestą trzecią stroną  “The System of Doctor Tarr and Professor Fether”, jak twierdził równoległej wersji zdarzeń i oczywiście Andy, który przytargał “Pink car crash”, twierdząc że po zażyciu ostatnich  tabletek od doktora Tarr świat jest wyjątkowo różowy. Tak żegnani wsiedliśmy do wnętrza kurierki. Pani nie pozwoliła pudła z kwietnym kapeluszem dać na dach, więc podróż choć ciasna umilana była bzyczeniem owadów, szumem wiatru i zapachem kwiatów łąkowych umiejscowionych na kapeluszu a wydobywających się z pudła trzymanego na kolanach. Co było w sumie zbawiennym antidotum na odpalany co chwila przez Wojaczka skręt za skrętem. Moje dziurawe płuca ostatnio ciężko znosiły filtracje pirolizy ciał smolistych, jak to  tłumaczyła mi Madame Curie w swym radioaktywnym gabinecie w podziemiach Maison de Sante.  Ale nic to, najważniejsza jest podróż. Koleinami bezdrożnymi i bezbożnymi w tym kraju na pokaz ruszyliśmy podskakując na wybojach. Po pięćdziesięciu pierwszych kilometrach zmiana koni i krótki postój na wyprostowanie kości. Kupiliśmy butelkę podłego bimbru od chłopa co tak zwaną szczękę miał tuż obok postoju, trzy pęta kiełbasy czosnkowej i słoik ogórków kwaśnych jak cholera. Pani nie chciała pić, twierdząc że ktoś w tym towarzystwie musi pilnować czasu zażywania tabletek tak pieczołowicie rozpisanych co do godziny przez Doktora Tarr. Trudno, powiedzieliśmy. Racząc się obficie, prześcigaliśmy się z Wojaczkiem w wymyślaniu coraz bardziej ponurych wierszy, cytując je coraz bardziej bełkoczącym głosem. Gdzieś przy siedemdziesiątym kilometrze, młode chłopie w osobie pomocnika, siedzące na zewnątrz tuż za naszą kabiną, chyba już miało dość naszych potwornych poematów i powiesiło się na właśnie mijanej gałęzi prastarego dębu. Ech życie, powiedzieliśmy w trójkę jednocześnie wybuchając śmiechem. Pani miała tę cudowną przypadłość wpadania w nastrój nawet bez ani jednej alkoholicznej kropli . No wreszcie, po jeszcze jednej zmianie koni, o której tu nawet nie wspomnę, gdyż urągała nawet mocno zapijaczonej ludzkiej godności, dotarliśmy do miejsca naszego noclegowania. A że słońce było jeszcze w miarę wysoko i dawało ten cudowny powidok cienia w obejmowanych przedmiotach postanowiliśmy skorzystać z okazji i odwiedzić zamek naszego starego przyjaciela hrabiego Jaklińskiego- podsędka krakowskiego. Wpierw zostawiliśmy kufry podróżne w przydrożnym zajeździe, przebrawszy się spacerowo, Pani w zielonym toczku z woalką, biała parasolka, suknia do kostek i na tym skończmy, bo cóż my mordy pijackie. Przez szyję przewiesiłem   Zorke  5 i tak ruszyliśmy pod górę zamkową. Ciężko było nam iść, więc Wojaczek rzekłszy: “pieprze” padł w trawę szumiącą, łyknął pszennego i patrząc na obłoki typu cumulus zadeklamował swój wiersz

Ob­ra­zy i wy­ra­zy, zie­mia i nie­bo, i jesz­cze
Mózg i krew i na­sie­nie, chleb, woda oraz po­wie­trze,

Męż­czyź­ni i ko­bie­ty, pta­ki, ro­ba­ki, owa­dy,
Żydzi i Eski­mo­si, mu­rzy­ni i lu­do­ja­dy.

Ka­ra­bi­ny, po­ci­ski a tak­że mię­so ar­mat­nie,
Ner­wy, skur­cze, po­strza­ły i no­wo­two­ry, za­pa­ście,

Zbrod­nie i fi­lan­tro­pie, obłę­dy, sny, pro­sty­tut­ki,
Kon­sty­tu­cje, wię­zie­nia, sądy i cele, ogród­ki

Jor­da­now­skie, ogród­ki dział­ko­we, kwiet­ne ogrój­ce,
Re­dak­cje i po­li­cje, por­tie­rzy, bab­ki i stró­że,

Po­ezje i li­tur­gie, ro­man­se i okól­ni­ki,
Krop­ki, prze­cin­ki, pau­zy, łzy, apo­stro­fy, myśl­ni­ki,

Rymy i aso­nan­se, brak ry­mów, ryt­my i wier­sze –
Wszyst­ko mi od­ma­wia­ło, bo ni­g­dzie nie by­łem pierw­szy.

Więc w śmier­tel­nej po­trze­bie nie wie­dząc już, gdzie się zwró­cić,
Wy­my­śli­łem Wo­jacz­ka i to wła­śnie jest mój wspól­nik.*

– Cóż – rzekłem i poszliśmy ku zamkowi.

Im bliżej zamku, tym nabieraliśmy wszechogarniającego podejrzenia, że niechybnie przybyliśmy nie w czas. Okoliczności wokół ciemniały na krawędziach postrzegania. Minęliśmy krzew co nie pewnie skłaniał się do objawienia swego imienia

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zbliżając się niebo jeszcze błękitniało a ściany dobrze nam znane bielały, lecz coś było niepokojącego w tym widoku

 

 

 

 

 

Most dawniej zdobiony co przez fosę przerzucony spinał wyschnięte wspomnienia. Weszliśmy przez nieistniejącą bramę wschodnią, gruz pod butami

 

 

 

 

 

 

 

Puste oczodoły okien  i suchy wiatr układający się na spękanych kamieniach

 

 

 

 

 

 

 

Czekaliśmy aż słońce zaczęło umierać. Spóźnieni, choć telegram zapraszający od hrabiego Jeklińskiego wydawał się dopiero co przybyłym

Na ścianie, co kiedyś ciężar okna na świat dźwigała ktoś napisał, może sam hrabia a może to ja zapatrzony:

 

Słońce
zaszło za śmierć
w samo południe
albo cztery minuty późnij

nagle
niespodziewanie

trupięgi szykowane na dalekie jutro
zostawiłem w przedpokoju

czarny garnitur naftaliną pokryty
miałem kiedyś oddać do pralni

dobrze
że chociaż kawę wypiłem
z tobą
przed wyjściem


* w audycji wykorzystano wiersz Rafała Wojaczka “W śmiertelnej potrzebie”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.